Pieniądze i historie - dlaczego branding nie zawsze jest potrzebny?



W otoczeniu zielonym jak dolary (ale też z uwagi na to, że mam na sobie sieciówki) kilka słów o niewygodnym temacie, o którym dżentelmeni podobno nie rozmawiają, czyli pieniądzach. Ale zamiast skupiać się na finansowych raportach rocznych i tabelkach agencji badawczych, poruszę rzecz, o której przy markach zapominamy. To, że spore grono społeczeństwa na branding przez marki nie może sobie pozwolić, bo zwyczajnie ma ograniczony budżet domowy.



O pieniądzach w sferze marki zazwyczaj mówi się krótko i na temat, a to przy okazji rankingów, zestawień najlepiej wycenianych firm, a to kiedy zbliża się do bankructwa lub zostaje wykupiona przez duży koncern. Tymczasem pieniądz czai się za każdą kampanią promocyjną, spotkaniem prasowym i wsparciem szczytnego celu. Z perspektywy konsumenta pieniądz ma jeszcze inne znaczenie. Jakie?




Nie wyklucza to ciągle tego, że mogą lubić Nike bardziej niż Adidasa, pić Tigera, a nie Red Bulla (bo akurat w sektorze FMCG łatwiej dotrzeć z marką do szerokiego grona społeczeństwa) czy marzyć o torebce Michaela Korsa albo najnowszym BMW. Czyli branding działa. Tylko, że nie wychodzi spoza sfery aspiracji. I są „marki”, które wykorzystują rynkową, z biznesowego punktu widzenia, przestrzeń, spełniają potrzebę grupy docelowej mieszczącej się u podłoża piramidy Maslowa, a nie na jej szczycie.



Tych firm nigdy nie zobaczycie w rankingach najbardziej kreatywnych kampanii reklamowych, często nie piszą o nich kolorowe czasopisma. Zagospodarowały sporą część rynku w imię marketingu 4P, który ciągle jeszcze gdzieś się sprawdza. Ba! Są nawet dowodem na to, że strategia grania ceną, najlepiej jak najniższą, działa! Co zatem stoi za ich sukcesem?
  • Niska cena produktu.
  • Kontakty w fabrykach na całym świecie, dzięki czemu w szybkim czasie są w stanie wyprodukować duże partie kolekcji po kosztach. A nawet skopiować wzory, które znamy z popularnych sieciówek (dlatego nie dziwcie się, jeśli zobaczycie znajomą w sukience łudząco podobnej lub nawet identycznej, do waszej kreacji z Zary albo Tommy'ego Hilfigera, z tym że kupioną w lokalnym sklepiku no name za 1/3 ceny).
  • Rozbudowana sieć dystrybucji.
  • Dotarcie do podstawowej potrzeby klienta i jej spełnienie.
  • Funkcjonowanie w punkt kalendarza sezonów.
  • Ciągłe rabaty, przeceny i wyprzedaże.


Ten świat toczy się gdzieś obok tego brandingu, który tu omawiamy, czasami przecinając ścieżkę z sieciówkami. I zawsze będzie, bo zawsze znajdzie się na niego odbiorca. Nie ma też obaw, że z tego powodu zabraknie pracy do specjalistów od kreowania marek, komunikacji czy reklamy. Nadal będziemy sobie przyznawać lwy w Cannes, nagrody na gali KTR i cieszyć z każdej wywalczonej publikacji w mediach, inwestować w innowacje, szkolenie pracowników i zatrudnianie najlepszych specjalistów. Dlaczego? Dlatego, że branża potrzebuje stymulacji, nowych wyzwań, a my lubimy być wciągani w historie.



W tym wpisie widzicie ubrania, które mogłyby występować w kolekcji Chloe albo Stelli McCartney, a ja ten efekt uzyskałam nie inaczej niż z udziałem ubrań z sieciówki. Sprawdziły się zawsze podążające za trendami Zara, H&M i Pepe Jeans. 

zdjęcia autorstwa Marta Gutsche Fotograf

Podziel się:

Prześlij komentarz

Dzięki za komentarze!
W razie pytań pisz: contact@fashionbranding.pl

 
Copyright © Fashion Branding - bringing meaning to fashion. Designed by OddThemes