Branding

Moda

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Lagom: balans w życiu i pracy? Równowaga w skandynawskim duchu

10/23/2017
Czy lagom jest odpowiedzią na potrzeby naszej generacji? A może zremiskować go z hygge, doprawić ikigai i połączyć z inemuri? Po polsku jakoś to będzie, ale czasami szukamy sposobu, który pozwoli nam poukładać wszystko to, czego chcemy. I wcale nie różnimy się tutaj od starszych pokoleń. W życiu zawodowym coraz częściej robimy to, co lubimy i co jest naszą pasją, więc trudniej jest nam znaleźć złoty środek i równowagę między pracą a prywatnością. Chcemy robić wszystko, spełniać marzenia, a doba wciąż ma za mało godzin. Przy tym stawiamy sobie realne i wymagające cele. Jak żyć i nie zwariować? (szczególnie w dynamicznym rynku mody) 

Lagom, Hygge, Ikigai i Inemuri, czyli słowa, których nie da się przetłumaczyć dosłownie


O ile Hygge skupiało się na drobnych, pozytywnych emocjach i czerpaniu radości z przyjemności, o tyle lagom jest czymś szerszym. Lagom, czyli nie za dużo, nie za mało. W podejściu do pracy i życia. Czyli o co chodzi? O życie w sam raz. Przerwa na kawę rano i popołudniu, przerwa na lunch, chwila na niezobowiązujące rozmowy, czy odpoczynek w zielonym parku. Przedsiębiorcy wbrew pozorom wcale na tym nie tracą. Z resztą nie od dziś wiedzą to Japończycy, którzy praktykują Inemuri, czyli ucinanie sobie drzemek w miejscach publicznych. 

Choć wywodzi się to z mało zrównoważonego podejścia do życia (boom ekonomiczny trwający od lat 60. do 80. spodowował, że mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni bardzo dużo pracowali i jedyną ich przerwą był czas na sen), to dziś staje się jego elementem. Nikogo nie dziwi spanie w metrze, autobusie, przy biurku, a nawet zwyczajne oparcie się o płot, czy ucięcie sobie drzemki na schodkach, w parku lub w kolejce. Regenerujesz się, uwalniasz myśli i możesz działać dalej albo robić coś zupełnie innego :) Inemuri łączy się z Ikigai, czyli... byciem zajętym. Ale nie w pośpiechu i stresie, lecz w tym, w czym się spełniamy.

Lagom dotyczy jednak nie tylko sfery pracy!



Lagom: życie w sam raz


To, o czym piszę, nie jest receptą na szczęśliwe życie czy znalezienie w nim celu. To raczej pewna metoda patrzenia na codzienność, swoją własną, nie wszystkich wokół. Posiadanie tylu rzeczy, ile potrzeba i podejście dalekie od naszego "zastaw się, a postaw się". Dlatego wcale nie musisz mieć monstery w doniczce, szarego fotela i szafy kapsułowej, której podstawowymi elementami są biała koszula, beżowy płaszcz i czarne szpilki. Nie musisz być freelancerem ani pracownikiem korporacji. Nic nie musisz. 

Lagom polega na zastosowaniu prostej zasady: nie za dużo, nie za mało. Umiar (niekoniecznie skromność). Z Twojej perspektywy! 

Możesz więc pracować 8 godzin, mieć w tym czasie 3 przerwy, a wolne popołudnia spędzać na swojej ulubionej aktywności, np. oglądaniu seriali. Ale możesz też pracować 3 godziny. Albo 10. A możesz w ogóle nie pracować. Podświadomie na pewno wiesz, co pozwoli ci osiągnąć równowagę w życiu. Gdyby mówić językiem analityków: optymalizujesz, aby złapać balans!

PS Nikt nie powiedział, że tego nie trzeba się nauczyć. Ja cały czas walczę ze swoim pracoholizmem i zaangażowaniem, a łatwo nie jest! Szczególnie, jeśli ma się w sobie pierwiastek obowiązkowości, empatię i nieodpartą chęć do samorozwoju. To, co mi pomaga, to priorytety (ustalenie dla samej siebie istotności różnych działań). 



5 sposobów na lagom - moje zasady


Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że do umiaru mi daleko, to przy pogłębieniu perspektywy okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda. Nie mam zamiaru "sprzedawać" uniwersalnego rozwiąnia dla wszystkich. Takie nie istnieje! Poniżej znajdziecie 5 elementów, które składają się na moje lagom, czyli życie w równowadze. A może raczej na pracę nad nim ;) 

1. ŚWIADMOŚĆ
Żeby cokolwiek układać czy zmieniać w swoim życiu trzeba mieć świadomość. Samoświadomość i rozpoznanie problemów swojego środowiska, na które składają się proste rzeczy takie jak m.in. segregowanie śmieci, dobry sen czy nie używanie kosmetyków o składzie podobnym do tablicy Mendelejewa.

2. JAKOŚĆ
Jakość a nie ilość. Nie robię rewolucji w swojej szafie i kosmetyczce. Krok po kroku wprowadzam zmiany, których korzyści są długofalowe. Np. podczas Slow Fashion we Wrocławiu kupiłam scrub Domowy Kosmetyk i sojową świecę od Plantstore. Nie od dziś zachwycam się Ministerstwem Dobrego Mydła. 

Swoją przygodę z modą wybieraną świadomie zaczęłam chyba od torebek (w tej stylizacji widzicie torbę Dziki Józef, ale z czystym sercem polecam Wam też Przywara-Strzałka, Manufaktura MMS, Molehill), aż powoli zaaplikowałam do niej m.in. ubrania RISK made in warsaw i Momu.
Nie chodzi o to, żeby obrazić się na sieciówki, ale wybierać je z rozwagą i ograniczać tam, gdzie można. 

3. DOBRE JEDZENIE
Podobno jesteśmy tym, co jemy. Dlatego na tym nie warto oszczędzać. Wszystko czego sobie dostarczamy ma wpływ na nasze zdrowie, wygląd skóry, paznokcie czy włosy. A przecież chcemy czuć się dobrze!

4. PRACA I CZAS WOLNY
Blog i wszystko wokół "Fashion Branding"  traktuję jako pracę. Mam więc można powiedzieć, że mam dwa etaty. Dlatego odpczynek staram się realizować offline: spacerować, spotykać się ze znajomymi w pysznych miejscach we Wrocławiu (i poza nim), czytać książki i oglądać dokumenty.
Przyznam, że to najtrudniejszy element, bo choć jestem dobrze zorganizowana, to pracuję za dużo.

5. DYSTANS
I ostatnie, ale bardzo ważne - mniej się przejmować. 
* Mieć ten osławiony dystans. Umieć powściągnąć emocje. Brać pod uwagę rzeczowe opinie innych, nie skupiać się na tych, którzy tylko zawracają głowę. 
* Uśmiechać się, być empatycznym, ale też potrafić odmawiać. Doba ma 24 h, a życie (prawdopodobnie) mamy jedno. Szkoda tracić je na coś, czego nie chcemy. 
* Doceniać siebie i innych. Wreszcie - umieć mówić o swoich zaletach i sukcesach z radością, a nie przesadną skromnością.

okulary / sunglasses: Mango | szalik / scarf: Orsay | kurtka / jacket: Pull&Bear | sukienka / dress: POLANKA | zegarek / watch: Wood Watches by Jord | pierścionek / ring: KOPI | buty / shoes: Zalando | torebka / bag: DZIKI JÓZEF

zdjęcia: Volley Traveller


Słyszeliście o lagom? 
Może macie swoje sposoby na zapanowanie nad codziennością? 
Czy funkcjonujecie raczej totalnie spontanicznie?


Przewodnik po Londynie: zwiedzanie, moda, design, zakupy!

10/10/2017


Tego jeszcze nie było! Przewodnik po Londynie dla brand managera, fana mody, wielbiciela designu, książek i sztuki. Zakupy w Londynie - proszę bardzo!

Do Londynu wyjechałam, jak wiecie, na kurs (o tutaj>> o tym pisałam). Starałam się wykorzystać każde zadanie z uczelni i swój wolny czas, żeby zobaczyć jak najwięcej. A z racji zainteresowań nie skupiałam się na typowo turystycznych miejscach. Postawiłam na muzea sztuki, sklepy z designem, domy handlowe i księgarnie w Londynie. Kurs Fashion Brand Management skłonił mnie do odwiedzenia centrów handlowych, butików i flagship stores znanych marek. Wróciłam bez nowych ubrań, ale za to z wrażeniami i doświadczeniami, dzięki którym mogę inaczej patrzeć na budowanie marek i przestrzeni zakupowych teraz, w pracy.

Przygotowałam garść praktycznych porad, kilka miejsc, których nie znajdziecie w popularnych poradnikach, ale nie pominęłam też tych najbardziej znanych przybytków. Pokazuję Wam, jak spojrzeć na nie innym okiem.




Mam nadzieję, że zainspiruję Was do zaplanowania chociaż weekendu w stolicy Wielkiej Brytanii. Warto pojechać tam nie tylko po to, żeby zobaczyć zmianę warty przy Pałacu Buckingham, pstryknąć fotkę z plastikowymi celebrytami w Madame Tusauds czy wrócić do Polski z nadbagażem łupów za kilka funtów. 

Czy to modowy przewodnik po Londynie? I tak, i nie. Na pewno jest dla Ciebie, jeśli:

  • interesujesz się brandingiem,
  • jesteś osobą świadomą estetyki,
  • z chęcią odkrywasz sztukę,
  • wiesz, że inspiracja wcale nie leży najbliżej tego, czym zajmujesz się na co dzień,
  • lubisz modę i pogłębiasz wiedzę w tym temacie,
  • wiesz, że w muzeach wcale nie trzeba się nudzić ;)
Co przygotować na wyjazd do Londynu?
Na pewno otwartą głowę. Wyśpijcie się przed podróżą, żeby nie tracić ani chwili z pobytu tam. Jeśli nie zamierzacie brać aparatu fotograficznego, a zdjęcia robić telefonem - zaopatrzcie się w powerbank. O podstawowych rzeczach najczęściej zapominamy, więc warto je zanotować na swojej liście to-do. Tym bardziej, jeśli pewne rozwiązania chcecie potem przełożyć na rozwiązania w swojej marce. 


Przewodnik po Londynie możecie pobrać tutaj >> i tutaj lub przeglądać poniżej:




Wszystkie zdjęcia i teksty są mojego autorstwa. Przewodnik - poradnik, co zwiedzić w Londynie sama też składałam.

W trakcie wyjazdu używałam też na instagramie własnego, unikalnego hasztagu, który wybrałam specjalnie na tę okazję: #FashionTrip_London



Wkrótce będę też publikować artykuły o miejscach, które zobaczyłam. Jak do tej pory mogliście przeczytać tekst o V&A Museum: Wystawa Balenciaga: Shaping Fashion.

Podoba się Wam ten przewodnik po Londynie? Koniecznie dajcie znać. 
Z chęcią przygotuję następne! 
Mam już kolejne pomysły na bardziej zdefiniowane tematycznie podróże :)


Biblioteka ubrań - to nie jest zwykła wypożyczalnia ciuchów!

10/06/2017


Pierwsza w Polsce Biblioteka Ubrań powstaje we Wrocławiu! O inicjatywie niekończącej się szafy, świadomym podejściu do mody i naszych nawykach zakupowych rozmawiam z Agnieszką Zawadzką i Martą Niemczyńską, założycielkami i właścicielkami firmy.

Kasia Kwiecień: Skąd pomysł na Bibliotekę Ubrań? Jak to się wszystko zaczęło?


Agnieszka Zawadzka: W 2015 r. zaczęłam projekt badawczy na temat zrównoważonej mody w Niemczech pod opieką dr Pauli Bialski, która wprowadziła mnie do świata sharing economy. W międzyczasie mieszkałyśmy razem z Martą w Hanowerze. Prowadziłyśmy dyskusje nad tematami związanymi z szybką modą, wyrzucaniem rzeczy i kreowaniem nawyku ciągłego kupowania. W gonitwie myśli, dostrzegłyśmy dobrze znany wszystkim kobietom problem: „Mam szafę pełną ubrań, ale nie mam się w co ubrać”. W tym wypadku, jedynym wyjściem było udanie się do centrum handlowego i zakup czegokolwiek bez zastanowienia. To nie jest nowoczesne podejście do mody. Wtedy narodziła się myśl: „Jak fajnie byłoby, gdyby istniało coś w rodzaju biblioteki ubrań”.


Marta Niemczyńska: Ja z kolei przez wiele lat w Polsce, a później Niemczech, pracowałam jako manager sklepu. Powiem szczerze, że byłam już bardzo zmęczona tą pracą i oglądaniem ludzi podczas „szału zakupów”. Widziałam ten cały konsumpcyjny mechanizm z dwóch stron. Po pierwsze - polityki zarządzania firm, gdzie liczy się tylko wynik i sprzedaż, a to w myśl idei „Wszystkie chwyty są dozwolone”. Po drugie – klientów. Ludzi, którzy bezwiednie wpadali w złudny świat kupowania i posiadania. Zauważyłam, że większość zakupów była dokonywana bezmyślnie, bo w takich sklepach wszystko wygląda pięknie i cała atmosfera skierowana jest na wytwarzanie potrzeby zakupu.

Mieszkając razem z Agą często pożyczałyśmy od siebie ubrania i dodatki. Ta wspólna szafa była impulsem do koncepcji Biblioteki Ubrań. Uznałyśmy, że skoro nam się marzy taka jedna, wielka niekończąca się szafa, to pewnie inne kobiety też chciałyby mieć do niej dostęp. Obserwowałam również ludzi żyjących w Niemczech. Rozmawiałam z nimi dużo na temat świadomości ekologicznej i slow life.



Zidentyfikowałyście problem, znalazłyście niszę, ale jakoś trzeba było to rozwiązanie zaprojektować i wdrożyć w życie. Jak działa Biblioteka Ubrań?


A: Biblioteka Ubrań działa jak zwyczajna biblioteka tylko zamiast książek, w ciągłej cyrkulacji są różne części garderoby. Każdy, kto odwiedzi naszą stronę internetową, będzie mógł wybrać dowolne cztery rzeczy z internetowego katalogu, założyć konto i pożyczać w nieskończoność.

Do wyboru będą dwa rodzaje pakietów: wypożyczenie na weekend lub na miesiąc. Po okresie użytkowania, ubrania są nam zwracane, a my zajmujemy się ich czyszczeniem i pielęgnacją. W tym czasie osoba może już pożyczać kolejne części garderoby. Wysyłka w dwie strony jest darmowa, a jej koordynowaniem my się zajmujemy, osoba wybiera jedynie dogodny termin odbioru i przekazania paczki kurierowi.

M: Zależy nam na tym, aby zmienić podejście Polek do konsumpcji mody. Chcemy, aby pożyczanie stało się codziennością, stąd miesięczny pakiet. Nie zapominamy jednak o tych, którzy potrzebują konkretnych ubrań tylko na jedną okazję. Po co kupować sukienkę, którą założymy tylko raz? Dlatego opcja weekendowa będzie idealna na szczególne okazje.


A co w niej znajdziemy?


A: Biblioteka ubrań jest miejscem, gdzie można znaleźć wiele unikatowych, vintage lub sezonowych ubrań. I tak można wybierać w różnych fasonach, kolorach, materiałach. Mamy sześć stałych stylów, które pozwolą jeszcze bardziej podkreślić lub uzupełnić swój outfit. Ponadto wyróżnikiem jest to, że każda rzecz jest pojedyncza, więc nie trzeba się martwić, że spotkamy kogoś na ulicy w tym samym ubraniu. W swojej kolekcji mamy ubrania dla kobiet w każdym wieku.

Wiele osób nas pyta: „A co jeśli dana rzecz spodoba się komuś za bardzo i będzie chciał ją zatrzymać?”. Niestety nie ma takiej możliwości. Ubrania z Biblioteki są do wypożyczenia, nie na sprzedaż.




W jaki sposób selekcjonujecie ubrania? Same je wyszukujecie, czy można się do Was zgłosić ze swoją odzieżą i dodatkami?


M: Póki co same selekcjonujemy ubrania, ale już wkrótce będziemy organizować zbiórki odzieży. Ważne jest, aby ubrania były naprawdę dobrej jakości i wyjątkowe. Poszukujemy tzw. „perełek”, ubrań z duszą, charakterem i historią, ale nie zawężamy się do jednego stylu. Chcemy, aby nasze Biblioteczne zbiory były niczym nieograniczone. Tak, żeby każdy mógł wypróbować coś nowego, coś innego. Proces selekcji jest dla niezwykle ekscytujący! Zdecydowanie uwielbiamy tę część naszej pracy.


Gdybyście miały nam doradzić od czego zacząć świadomą rewolucję w swojej szafie…?


A: Z rewolucją w szafie jest trochę jak z dietą. Niby zaczynasz, ale potem idziesz do sklepu, widzisz bluzkę na promocji, kupujesz ją, bo jest tania i powtarzasz sobie w duchu, że „zaczniesz od jutra”. Tak naprawdę gruntowna wiedza o sobie i swoich zachowaniach daje największe szanse zmiany i uporządkowania garderoby. Przestajemy kupować emocjami bądź pod wpływem impulsu. Najlepiej też odpowiedzieć sobie na pytanie, w którym momencie zaczynasz czuć przesyt rzeczami i widzisz, że gromadzisz ich tak dużo, że przez 80% czasu nie nosisz. Być może to jest odpowiednia ilość, żeby nie zagracać swojego życia.

Kolejną rzeczą jest uświadomienie sobie realnej wartości zarobionych pieniędzy, ponieważ każde wydane 100 zł kosztowało cię twój czas, który spędziłaś w pracy i już nigdy go nie odzyskasz. Czy nie warto zacząć kupować mniej ubrań, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na rozwój, podróże lub przeżycia?

Rewolucją w szafie jest również powrót do jakości – i nie mam tu na myśli kupowania drogich ubrań od designerów – ale rezygnację z zakupu, np. czterech torebek z sieciówki, i zainwestowanie w jeden, porządny plecak, który będzie służył przez kilka lat, jeśli nie przez resztę życia (słyszałam takie historie!). I można go łączyć zarówno z jeansami, jak i z sukienką.




Świadome budowanie szafy to nie jest temat skierowany tylko do minimalistów, ale dla każdego z nas. 


A: Dokładnie tak. Świadoma organizacja szafy jest odpowiedzią na dzisiejszy nomadczy styl życia. Stajemy się coraz bardziej mobilni: wyjeżdżamy, wracamy, często zmieniamy mieszkania na studiach. Potrzebujemy zatem rzeczy, które będą naszymi stałymi towarzyszami i ułatwią nam to, stąd też moda na minimalizm. Warto w tym momencie dookreślić siebie jako indywidualną jednostkę, potem swój styl, a na końcu dopiero szafę.

Kolejnym etapem rewolucji w garderobie jest wczytywanie się w metki i rodzaje tkanin, z których są uszyte ciuchy, które nosimy. Warto się tym zainteresować, bo do produkcji części z nich wykorzystano chemikalia, które szkodzą naszemu zdrowiu.


Marta, a czym dla Ciebie jest rewolucja w szafie? 


M: Jeśli chodzi o rewolucję w szafie, to dla mnie sprawa jest całkiem prosta. Ważne, aby niczego nie wyrzucać. Najlepiej przeglądać swoją garderobę co kilka miesięcy. Sprawdzać, czy aby wszystko, co się w niej znajduje jest przez nas noszone. Jeśli przez 3-4 miesiące nie chodziłyśmy w danej rzeczy, to znak, że to już raczej nie nastąpi. Odłóżmy takie ubrania na bok i zastanówmy się, kto mógłby się nimi jeszcze cieszyć. Może siostra, przyjaciółka albo koleżanka, której dane ubrania się podobały. Na pewno ucieszą się z takiego podarunku. Jeśli nie, to mamy jeszcze inne opcje, np. zbiórka odzieży lub różnego rodzaju organizacje społeczne i charytatywne, które z chęcią przyjmą od nas ubrania.

Uważam, że nie ma sensu gromadzić rzeczy, których nie używamy. Lepiej przekazać je komuś, dla kogo będą stanowić wartość. To co radziłabym pozostawić w swojej szafie, to ubrania klasyczne i basic. Czyli takie, które są zawsze modne i łatwo je zestawić z innymi ubraniami. I oczywiście vintage, czyli tzw. „perełki” bardzo dobrej jakości. Są wyjątkowe, a przy odpowiedniej pielęgnacji potrafią służyć kilka dekad. Niektóre części garderoby, jak np. koszule, których już nie nosimy bardzo łatwo przerobić na spódnicę lub wakacyjną opcję bluzki bez rękawów. Do tego naprawdę nie potrzeba szczególnych umiejętności. Grunt, aby nie trzymać zbędnych ubrań w szafie, a wprowadzić je w ponowny obieg.




zdjęcia: Łukasz Wierzbowski
zdjęcia produktowe: Patrycja Konieczna
Śledźcie Bibliotekę Ubrań!

Polska marka torebek i odpowiedzialna moda fair trade: Manufaktura MMS

9/23/2017


O szyciu torebek w ponad stuletnim domu, odpowiedzialności za swoje wybory zakupowe, świadomej modzie i tworzeniu własnej marki rozmawiam z Martą Mazur-Sokołowską, właścicielką Manufaktury MMS. 

Lubisz proste, pojemne torebki, które przetrwają z Tobą niejedną burzę i uniosą dziesiątki różnych mniej i bardziej potrzebnych rzeczy? A może zawsze marzyłaś o torebce polskiej produkcji, ale do tej pory wydawała Ci się nieosiągalna? Cóż, już teraz nie musisz szukać :) Manufaktura MMS to polska marka torebek (część z nich jest wegańska!) z Dolnego Śląska. Zapraszam Was do przeczytania wywiadu z założycielką i projektantką, z którego dowiecie się więcej o filozofii kryjącej się za poręcznymi towarzyszkami codzienności.





Kasia Kwiecień: Torebki szyjesz w ponad stuletnim domu. To piękny początek opowieści. Skąd pomysł na własną markę?

Marta Mazur-Sokołowska:
Mam możliwość mieszkania w nietypowym i pięknym miejscu - kilkurodzinnym poniemieckim domu (jakich na Dolnym Śląsku wiele). Zakupiliśmy kawałek takiej kamienicy i dziś na dole mieści się moja pracownia, zaś pozostałe kondygnacje to nasz dom. Zaczynałam w małym pokoju na poddaszu, a gdy wszystko zaczęło się rozwijać i potrzebowałam więcej przestrzeni oraz pomocy, przeniosłam się na dół. Teraz zajmujemy jedną kondygnację i na razie nam to wystarcza.

Pod koniec studiów na ASP miałam to szczęście, że dostałam ofertę pracy w zawodzie. Było to jednak na drugim końcu Polski, a ja nie chciałam się kolejny raz przeprowadzać - wcześniej "prowadziłam życie Nomada". Wtedy z pomocą przyszła wykładowczyni z Akademii, która podpowiedziała, żebym robiła, to co mi wychodzi na zajęciach, czyli torebki. Dzięki motywacji pani profesor oraz mojego męża postawiłam wszystko na jedną kartę i zaczęłam od podstaw tworzyć swoją pracownię.

Nazwa marki - Manufaktura - wskazuje na to, że jest Was więcej. Z kim pracujesz?


Zaczynałam sama, później na szczęście się to zmieniło. Pracuje ze mną fantastyczna krawcowa oraz mój mąż, który zajmuje się zdjęciami, ogólnie pojętą logistyką oraz pomocą w "sytuacjach bez wyjścia". Będziemy szukać kolejnej osoby do zespołu, ponieważ brakuje nam rąk do pracy.





A skąd czerpiesz pomysły na nowe projekty?

Pomysły na torby powstają najczęściej z potrzeby dnia codziennego, potrzeb klientek oraz z obserwacji otaczającej mnie rzeczywistości. Bardzo lubię skupiać się na konstrukcji i dążyć do nietypowych form (jak choćby iks). Czasem też zdarza mi się odgrzać stary projekt, który nieco zmieniam, pozwalam mu ewoluować w dłuższym czasie, by wyciągnąć z niego to co najlepsze - tak choćby wróciły klasyczne shoppery, którym ujęliśmy kieszonkę z przodu i zmieniłyśmy materiały.

Ważne jest dla Ciebie to, żeby rzeczy były wykonywane z polskich materiałów. Opowiedz coś więcej :)


Staram się być gospodarczą patriotką, dlatego ważne jest dla mnie używanie polskich komponentów, a jeśli nie ma ich w naszym kraju, to europejskich. Sama przed zakupem czegokolwiek dokładnie czytam metki, etykietki. Zwracam uwagę na to w jakich warunkach powstawały produkty i kto za nimi stoi. Jeśli tylko mam możliwość unikam sieciówek, marketów. Zakupy często robię w małych sklepikach, przez internet (handmade, polskie przedsiębiorstwa) oraz na targach, zaś produkty które kupuję, zwykle wymieniam dopiero wtedy, gdy już całkowicie nie nadają się do użytku. Wierzę, że taką "pracą we własnym ogródku" ulepszamy to, co nas otacza.

Co w takim razie rozumiesz pod pojęciem fair trade?

Dla mnie fair trade to fakt, że za moimi konsumenckimi wyborami nie stoi krzywda innych. Przeraża mnie wszechobecna szybka konsumpcja oraz wykorzystywanie ludzi do pracy w uwłaczających warunkach. Kiedy wyjechałam poza Europę, zobaczyłam jakie mamy szczęście żyć w tzw. zachodnim świecie. Zmotywowało mnie to dodatkowo do zwracania uwagi na to co jem, co noszę i czego używam na co dzień. Zweryfikowałam także swoje podejście do skóry naturalnej. Nie wycofaliśmy jej całkowicie z oferty, ale znacznie ograniczyliśmy. Ma to związek z warunkami w jakich hoduje się zwierzęta oraz jak wygląda praca w garbarniach, zwłaszcza w Azji czy północnej Afryce. Bardzo prawdopodobne, że będziemy dążyć do tego, by całkowicie odejść od tego surowca. Poszukujemy nowych materiałów pozyskiwanych w ekologiczny sposób.






Czy masz w planach rozszerzenie oferty o nowe produkty?

Oczywiście! Mam wiele pomysłów, ale doba ma tylko 24 godziny :) Już od długiego czasu podchodzimy do portfeli i różnej maści "małych dodatków". Myślę, że systematycznie będziemy się rozwijać.

A czy jest w branży mody ktoś, kto Cię inspiruje?

Zdecydowanie tak. Miałam ogromną przyjemność praktykować u Violi Śpiechowicz, która pokazała mi jak funkcjonuje atelier, jakie są cienie i blaski oraz jak radzić sobie w takiej pracy. Mam także duży sentyment do Coco Chanel i Rei Kawakubo.






Trencz vinatge noszę już od kilku sezonów i jest niezastąpiony! Pasuje naprawdę do wszystkiego. Tutaj w zestawieniu z tzw. statement t-shirt, czyli bluzką z przesłaniem od Momu. Świetnej jakości bawełna i dopracowany haft. Rzecz warta uwagi! Co do spodni... początkowo nie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem, ale ja czuję się w nich świetnie! Zegrek noszę już ponad 2 lata i muszę przyznać, że trzyma się fantastycznie. Nie przeciera się, nic się nie rozregulowało, a szybka nie ma ani jednej rysy. Także jeśli szukacie alternatywy dla klasycznego czasomierza - sprawdźcie koniecznie drewniane zegarki!

Mój model torebki Manufaktura MMS to IKS worek w kolorze granatowym. Ma podszewkę i kilka kieszonek w środku, a co najważniejsze - wszytą smycz na klucze. Taki motyw uratował mnie już wielokrotnie w przeszukiwaniu czeluści torebki (m. in. w tej od Dzikiego Józefa). Proste, a jakie praktyczne! Poza tym zmieści rozmiar A4, więc idealnie nadaje się na uczelnię lub do pracy. Buty mimo czubka w szpic są bardzo wygodne, a sznurówki nie ściskają stóp.

W tym zestawie połączyłam 3 dość trudne elementy: szerokie spodnie, płaszcz i płaskie buty. Taka stylizacja może optycznie poszerzyć sylwetkę i ją skrócić, dlatego pamiętajcie o podkreśleniu talii lub ramion i dobraniu odpowiedniego obuwia.

płaszcz / coat: VINTAGE | t-shirt: MOMU via Fu-Ku Concept Store | spodnie / trousers: MANGO | buty / shoes: MINT&BERRY via Zalando | torebka: MANUFAKTURA MMS | pierścionek: KOPI via Fu-Ku Concept Store | zegarek: WOOD WATCHES by JORD

zdjęcia: Volley Traveller


LUSH - branding case study

9/19/2017


Wchodzisz do salonu piękności, który nie wygląda jak sterylny gabinet weterynaryjny albo stereotypowe miejsce z manikiurzystką, masażystką i kosmetyczką w jednym. Trafiasz do klubu z muzyką, której słuchają najfajniejsi ludzie w mieście.

Z teamem rozmawiasz o modzie na węgiel i wykorzystaniu kawy w pielęgnacji skóry. Po godzinie lekko zaczyna Ci się kręcić w głowie od przenikających się zapachów mango, cynamonu, rumianku, olejku różanego i wanilii.

W międzyczasie wpadasz na koleżankę. Opowiada Ci o roślinach, które zgarnęła przy okazji wizyty w jednym z concept storów z marokańskim designem. Pyta się, jak Twój las w słoiku. Szybko się z nią żegnasz, bo właśnie zastanawiasz się, który scrub do dłoni wybrać i idziesz je oba przetestować. Pierwszy ma mniej intensywny zapach, ale skóra jest po nim bardzo elastyczna i idealnie gładka. Drugi sprawia, że dłonie mają aromat budyniu waniliowego ze świeżymi malinami, a dzięki olejkowi są cudownie miękkie i nawilżone.

Lush – etyczne kosmetyki z sieciówki?


Kosmetyki mogą ocalić świat, jeśli tylko odpowiednio się za to zabierzemy – claim Lush cosmetics nabiera nowego znaczenia, kiedy każdy z nas może tego osobiście doświadczyć. Z jednej strony przyczyniamy się do dbania o środowisko, a z drugiej zachowujemy równowagę z naturą w swoim małym domowym świecie. 

Każde, nawet najpiękniejsze słowo musi mieć swoje potwierdzenie w produkcie. Prosta i stara prawda marketingowa ciągle ma znaczenie, bo bez niej nawet najżywszy storytelling i najbardziej zaplanowane wizerunkowe działania są bez sensu. I tak jak kłamstwo, mają krótkie nogi.

Przed Wami case study marki Lush zajmującej się produkcją naturalnych kosmetyków ze świeżych składników pozyskanych z etycznych źródeł. Analiza DNA marki, jej designu, komunikacji i zachowania pozwoli lepiej zrozumieć proces brandingu i strategiczne zarządzanie marką. 




DNA marki Lush


„Nie otrzymaliśmy Ziemi w spadku od naszych przodków, ale pożyczyliśmy ją od naszych dzieci.”

Lush cosmetics to marka założona w Wielkiej Brytanii w 1994 roku. Produkuje etyczne i nietestowane na zwierzętach kosmetyki. Cechują ją:
Etyczne zakupy składników
Użycie naturalnych składników
Ręczna robota
Walka z testowaniem kosmetyków na zwierzętach
Bycie wegetariańskim
I proste opakowania eco-friendly.

Lush fokusuje się na kliencie. To marka energetyczna, otwarta i szczera. Jak najlepsza koleżanka. Może czasami za dużo mówi i jest nieco chaotyczna, ale zaraża pozytywnym nastawieniem. Marka przyznaje, że część jej kosmetyków zawiera środki konserwujące. A wszystko opisuje w (naprawdę pięknie wydanym) katalogu. To jest w ogóle temat na osobne case study!

Triada brandingu, czyli komunikacja, design i zachowanie marki Lush


Wszystkie trzy elementy marki przenikają się, więc trudno jest opisywać je oddzielnie, ale wybrałam najważniejsze cechy, najbardziej charakterystyczne dla Lush.


KOMUNIKACJA MARKI

Prosta i wprost. Krótka i zwięzła. Z lekkim przymrużeniem oka, kiedy jest czas na zabawę, i z pełnym zachowaniem powagi, gdy mowa o poważnych problemach, którym Lush stara się przeciwdziałać.

Nazwy i opisy produktów

Lush mógłby opisać swoje produkty standardowo. Ale oddziałuje na zmysły, więc może (a nawet powinien) więcej. Balsam otula ciało tuż przed wślizgnięciem się pod koc i spędzeniem miłego wieczoru z książką przy cieple kominka. Kula do kąpieli w kształcie rakiety kosmicznej jest tak cudowna, że zabrałabyś ją na księżyc i z powrotem. I tak też mocno ją uwielbiasz.

Nie wypuszczasz telefonu z dłoni? Kup maseczkę do twarzy FOMO! Fomo to z ang. fear of missing out, czyli obawa przed ominięciem czegoś ważnego w sieci, więc ciągłe sprawdzanie wiadomości, maili, odświeżanie feeda na facebooku i instagramie. Po nieustannym wpatrywaniu się w ekran neroli wyrównuje koloryt cery, puder cynkowy uspokaja, a olejek różany oczyszcza skórę.

A te przykłady można mnożyć!





Dodatkowo marka Lush stara się pełnić funkcję edukacyjną i dzielić wiedzą. To zawsze działa w dwie strony. Uwiarygadnia ją w oczach klientów, wyjaśnia pewne procesy czy wymogi formalne, pokazuje szczerość i otwartość, a przy tym odpowiedzialność za to, co i dla kogo się robi. Stąd te wspomniane materiały dodatkowe np. książeczka konserwantów.


Social media

Marka nie jest szczególnie aktywna w social media i muszę przyznać, że mam wrażenie, że nie wykorzystuje swojego potencjału. A pretekstów wizualnych i tekstowych nie brakuje!



DESIGN MARKI 

Sklep jest raczej ciemny w środku, ale dość przytulny. I bardzo pachnący!

Połączenie stylu industrialnego z drewnem, wielkimi baniami jak do przedwojennego prania, głośną muzyką i pojawiającą się znikąd obsługą, sprawia wrażenie klubokawiarni, w której przy jednym wielkim stole świetnie bawisz się ze znajomymi i poznajesz nieznajomych.

Lush podzielony jest na sekcje względem typów kosmetyków, których używamy na co dzień: do włosów, twarzy, ciała itp., co ułatwia poruszanie się po nim.

Przy stanowisku z mydłami na wagę możesz doznać wrażenia, że kupujesz luksusowe francuskie sery, a kule do kąpieli wybierasz jak warzywa na targu – wprost ze skrzyni. 

Wszystkie materiały graficzne są bardzo spójne nie tylko z sobą, ale i z ideą marki oraz jej tożsamością.

A część kosmetyków jest... bez opakowania.
To kolejny element w samym produkcie, który sprawia, że marka Lush wypełnia swoją obietnicę bycia przyjaznym dla środowiska i dbania o przyszłe pokolenia.


Design opakowań

Na każdym opakowaniu jest nalepka z imieniem osoby przygotowującej dany kosmetyk. To nie tylko uwiarygadnia markę, ale też sprawia, że postrzegamy ją jako etyczną względem zatrudniania pracowników (przecież się nimi chwali na każdym produkcie). A przede wszystkim nadaje jej ludzką twarz. To nie maszyna zrobiła nasz kosmetyk. A człowiek. Taki jak my.


ZACHOWANIE MARKI

Ekspedienci i ekspedientki pojawiają się na każdym kroku z pomocną poradą, ale to w ogóle nie przeszkadza. Nawet, jeśli jesteś outsiderem i ostatnie o czym marzysz to bycie wciągniętą w rozmowę ze sprzedawcą – uśmiechasz się i dziękujesz – rozglądając się samotnie dalej. Tylko, że wtedy ryzykujesz utratę całkiem przyjemnych zabiegów kosmetycznych. A jest czego żałować! 

Na co dzień brakuje nam magii, a Lush jest przykładem tego, że zwykła kąpiel może przemienić się w doświadczenie godne zajęć z eliksirów w Harrym Potterze

Obsługa Lush jest jak dawno niewidziany kumpel z liceum. Cieszysz się, że go widzisz, wspólna kawa raz na dłuższy czas to miła odmiana zwykłego dnia. Śmiejecie się, wymieniacie newsami i macie dobry humor na resztę tygodnia! 




Poza tym Lush dba o to, w jaki sposób mówi się o niej w kontekście employer brandingu i warunków pracy. Ba! Fabryka marki przyrównywana jest do fabryki Willy'ego Wonki (w ogóle mnie to nie zdziwiło). Chcecie zobaczyć jak wygląda? Tutaj artykuł na Business Insider.


London College of Fashion | Gdzie studiować modę?

9/10/2017
Która szkoła mody jest najlepsza? Gdzie studiować modę? O kursie na London College of Fashion, edukacji w branży i możliwościach kariery - to tutaj! Uwaga: w artykule nie skupiam się na projektowaniu mody! Pod lupę biorę kierunki związane z biznesem, komunikacją i marketingiem. Ale przede wszystkim, opowiadam o tym, jak podejść do studiów, żeby coś z nich mieć. I to nie kawałek papieru z pieczątką, w złotej kopercie.

Spis treści:

  • Najlepsza szkoła mody na świecie?
  • London College of Fashion - podstawowe informacje, ceny, studia, kursy
  • University of the Arts London - jako marka
  • London College of Fashion... a gdzie w Polsce i na świecie studiować modę?
  • Moje wrażenia z London College of Fashion

english summary at the end




London College of Fashion - najlepsza szkoła mody na świecie?


Wiecie, że w Wielkiej Brytanii branża kreatywna i kulturalna jest najszybciej rosnącym sektorem ekonomii, zatrudniającym blisko 6% siły roboczej i generującej 8 mln funtów na godzinę? Nie dziwi więc, że właśnie tam podejście do nauczania w sferze mody wyznacza kierunek edukacji przyszłych projektantów, dziennikarzy i brand managerów.

London College of Fashion to część University of the Arts London. Studenci Uniwersytetu kształtują rynek mody na całym świecie. UAL zajmuje 6 miejsce w rankingu QS World University Rankings 2017 w kategorii sztuka i design.

Portal fashionista.com stworzył własny ranking szkół biznesu mody w 2016 r. Bazował na badaniu obejmującym tysiące absolwentów uczelni z całego świata. Tak przedstawia się najlepsza dziesiątka:

  1. Central Saint Martins (London, UK)
  2. London College of Fashion (London, UK)
  3. Parsons, the New School for Design (New York, USA)
  4. Istituto Marangoni (Milan, Italy)
  5. Kingston University (London, UK)
  6. Antwerp Royal Academy of Fine Arts (Antwerp, Belgium)
  7. Fashion Institute of Technology (New York, USA) 
  8. Bunka Fashion College (Tokyo, Japan)
  9. Shenkar College of Engineering and Design (Ramat Gan, Israel)
  10. Royal College of Art (London, UK)


London College of Fashion - podstawowe informacje, ceny, studia, kursy


Na London College of Fashion można podjąć regularne studia (stopień licencjacki i magisterski), studia podyplomowe, krótkie kursy (short courses) i kursy online.

Każdy kurs oznaczony jest poziomem. Jeśli nigdy nie miałaś/łeś doczynienia z tematem, wybierz begginers. Ja uczestniczyłam w kursie Fashion Brand Management Intensive na poziomie intermediate. Na LCF znajdziecie też kursy advanced.

Lokalizacje:
1 Curtain Road
2 Golden Lane
3 High Holborn
4 John Prince's Street
5 Lime Groove
6 Mare Street



Formę kształcenia dopasujesz nie tylko do zawartości portfela, ale też trybu pracy czy możliwości relokalizacji. Nie możesz wyjechać do Londynu? Wybierz opcję e-learningu! Studia i kursy na London College of Fashion są kosztowne, ale i szkoła zainwestuje w Ciebie! Możesz ubiegać się o dofinansowanie studiów, pomoc w kwestii znalezienia mieszkania, ale przede wszystkim: mentoringu z prawdziwego zdarzenia, opcji zatrudnienia (teraz np. są na stronie oferty z Net-a-porter i Ralpha Laurena), a nawet wsparcie rozwoju własnego biznesu!

Spośród ponad 100 kursów i kierunków wybrałam kilka, ale jeśli naprawdę chcecie znaleźć coś skrojone na własne potrzeby - poświęćcie wolny wieczór na dokładne zapoznanie się z ofertą edukacyjną LCF i całego University of the Arts London :)

Wybrany kurs online w najbliższym czasie:

Fashion trend forecasting (online short course)
Wybierasz dzień tygodnia i np. przez 2 miesiące uczestniczysz w kursie online.
Koszt: 350 funtów.
PS wykładowczyni pracowała dla WGSN, firmy konsultacyjnej zajmującej się analizami i prognozami dla biznesu, w tym właśnie mody.

Wybrane studia w Londynie:

Ba (hons) creative direction for fashion
Koszt: 9 250 funtów rocznie

Msc strategic fashion management
Zarządzanie marką w najlepszym wydaniu!

MA Fashion Retail Management
Koszt: 8 500 funtów

Koszty krótkich kursów wahają się od ok. 295 funtów do prawie 2 000 funtów.

Pamiętajcie, że zawsze możecie sprawdzić bio wykładowców, zapytać internet (tak, gdziekolwiek nie napiszecie, na pewno odezwie się jakiś absolwent LCF i odpowie na pytania), a także napisać lub zadzwonić do administracji szkoły i poprosić o udzielenie szerszych informacji.




London College of Fashion - University of the Arts London - jako marka


Umożliwia edukację w zakresie mody w jednym z najbardziej zdywersyfikowanych kulturowo miast na świecie. I to widać w Londynie, i na uczelni. Na przykład w mojej grupie na kursie były osoby z Filipin, Brazylii, Włoch, Niemiec i Hiszpanii. Uczelnia jest oddana modzie w każdej dostępnej formie. A to wynika z ich definicji mody jako części polityki, społeczeństwa, etyki, historii i sztuki.

Misja London College of Fashion:

  • kształtować życie przez modę
  • zapewnić narzędzia i wolność do zmiany świata mody, a przez modę, zmiany świata

UAL, a zatem i LCF dążą do tego, żeby być uniwersytetem przyszłości. Pracują na bazie 4 strategicznych obszarów: tranformatywnej edukacji, światowego lidera badań i przedsiębiorczości, komunikacji i współpracy, budowania inspirującego środowiska.

London College of Fashion... a gdzie w Polsce i na świecie studiować modę?


Według CEOworld, ranking najlepszych szkół mody (dane na 2017 r.) prezentuje się następująco:
  1. Parsons: Fashion, Art and Design School in New York US 98.7
  2. Royal Academy of Fine Arts Antwerp Belgium 98.6
  3. London College of Fashion, University of the Arts London UK 98.5
  4. Fashion Institute of Technology, New York US 98.3
  5. Central Saint Martins, University of the Arts London UK 98.2
  6. Kingston University, London UK 97.8
  7. School of Arts, Design and Architecture - Aalto University Finland 97.7
  8. Polimoda, Florence Italy 97.6
  9. Bunka Gakuen, Tokyo Japan 97.4
  10. Royal College of Art, London UK 97.3
Punkty obliczano na podstawie doświadczenia akademickiego, kwalifikowania się, wskaźnika znajdowania pracy, feedbacku rekruterów, specjalizacji, globalnej reputacji i wpływu.

Jak widzicie, nawet w różnych rankingach czołówka szkół się raczej nie zmienia. W Nowym Jorku wszyscy marzą o studiach na Parsons. Jeśli chcesz kreatywnie i twórczo podjeść do projektowania mody sprawdź Antwerpię. Włoskie szkoły mają renomę i bardzo długie doświadczenie, a na tamtejszych uniwersytetach wykłada kadra z całego świata. Japonia wyznacza trendy i zawsze jest o 2 kroki do przodu (w technologii i nie tylko). Szukacie szkoły mody we Francji? Sprawdźcie ESMOD!



A czy w Polsce mamy uczelnie kształcące w zakresie mody? Biznesu, dziennikarstwa, komunikacji, marketingu? Poniżej znajdziecie kilka przykładów:

WSB Gdańsk - studia podyplomowe
  • Zarządzanie w branży modowej
VIAMODA - studia podyplomowe
  • Komunikacja w modzie i projektowanie marki
  • Zarządzanie w sektorach mody
  • Prognozowanie trendów w obszarach mody
  • Komunikacja i PR w modzie
  • Art director, stylista & visual merchandiser
Uczelnia Łazarskiego w Warszawie - studia podyplomowe
  • Prawo i zarządzanie w sektorach mody
School of Form w Poznaniu
  • Visual Merchandising - studia podyplomowe
  • Fashion Communication Design - studia licencjackie niestacjonarne
We Wrocławiu:
Dolnośląska Szkoła Wyższa
  • Dziennikarstwo mody i stylu 
  • Health and fashion promotion
***

PS Jeśli w Polsce szukacie opcji na potężną dawkę wiedzy i doświadczenia oraz poznanie niesamowitych ludzi - wysyłajcie zgłoszenie na Art & fashion Forum w Poznaniu. 

Właśnie trwa rekrutacja na 11 edycję prestiżowych warsztatów organizowanych przez Grażynę Kulczyk! O moich wrażeniach możecie przeczytać tutaj >>

W tym roku na pewno wybiorę się na otwarte wykłady!




Moje wrażenia z London College of Fashion


Trudno opisać w paru zdaniach!

Przede wszystkim: kurs Fashion Brand Management Intensive był naprawdę intensywny. Zajęcia trwały od rana do popołudnia, potem mieliśmy jeszcze "zadania domowe" na następny dzień i zadania w terenie. Obserwacja visual merchandisingu, obsługi klienta, analiza marek i ich konkurencji, a do tego projekty w grupach i indywidualne. Wiecie, że nie potrzebowaliśmy na nich komputera? Przebrnęliśmy przez poszczególne elementy budowania marki w branży mody, zarządzania nią: monitorowania prac zespołu, osiągania celów (także finansowych) i procesów rekrutacji. Każdy z nas wypracował też własny system pracy projektowej (project management).

Na szczęście część zadań pokrywała się z muzeami i miejscami, które miałam na swojej liście do odwiedzenia (m. in. V&A Museum i wystawę Balenciagi). Dlatego też, mam materiał na co najmniej kilka kolejnych artykułów na blogu.

Sanjeev Davidson genialnie prowadził zajęcia. A to wynikało z tego, że po prostu wie jak uczyć, zna metodologię kształcenia i wykorzystuje ją w praktyce. Wyciąga z nas to, co najlepsze. A ma do dyspozycji studentów z całego świata ;) Grupa liczyła do 10 osób, ale podobno zdarzają się też i takie po 30 osób, gdzie wykładowca stoi przez 8 godzin i... wykłada. Bez praktyki. Stąd tak ważne jest sprawdzenie, kto prowadzi kurs lub zajęcia na studiach.

Czy dla mnie to było coś miażdżąco nowego? Nie. Ale to dlatego, że 5 lat studiowałam branding i od ponad 6 lat mam do czynienia zawodowo z branżą. Co nie znaczy, że niczego się nie nauczyłam. Bo wyniosłam z tego kursu wiele. Teraz tylko trzeba to wykorzystać!



Z praktycznych informacji: 
  • Komunikacja miejska jest dość kosztowna, więc wybierzcie hotel / hostel / pokój / mieszkanie blisko siedziby uczelni lub w okolicach linii metra, która was do niej zawiezie. 
  • Sprawcie sobie od razu Oyster Card, którą można doładować według potrzeb. To łatwiejsze i tańsze niż kupowanie jednorazowych biletów. Opłata za kartę jest zwracana przy wyjeździe. 
  • Podczas krótkiego kursu warto wykorzystać każdą minutę w Londynie, więc weźcie pod uwagę czas dojazdu do miejsc, które was interesują! Lepiej wydać parę funtów więcej na lokum niż codziennie tracić na dojazd 2 godziny w obie strony!
  • Jedzenie nie jest wcale takie drogie i takie złe! 
  • Zabierzcie coś ciepłego do ubrania. Nawet latem :D Słynna londyńska pogoda jest kapryśna!
  • Wiele muzeów oferuje darmowy wstęp, część pobiera opłaty za pojedyncze wystawy. Najdroższe są bilety na typowo turystyczne miejsca, takie jak London Eye czy Tower Bridge. 
  • Można robić zdjęcia! I żadna pani / pan kustosz nie biegają za Tobą jak ochroniarz z popularnej drogerii. 

Choć w tym roku nie miałam klasycznych wakacji z chilloutem na plaży, to te dwa tygodnie na pewno były najlepszym wyjazdem tego roku!

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania - dajcie znać!
a więcej informacji znajdziecie na stronie LCF

PS Dla wprawnych oczu - na Instagramie London College of Fashion znajdziecie zdjęcie zrepostowane ode mnie :)

instagram | facebook



english summary

London College of Fashion is one of the best fashion schools in the world. University of the Arts London (LCF and Central Saint Martins are part of it) provides fashion education from one of the most culturally diverse cities in the world and it's dedicated to fashion in all its forms. Their mission is to shape and change lives through fashion.

Fashion Brand Management Intensive not only helps us to understand how brands are bulit but managed and evaluated from a creative point of view also. There's a lot more practical things there than reading books. Course on London College of Fashion covered following topics:
brand positioning, values, project management strategies, visual branding, sustainability, brands in digital age and creativity in designing experiences

Sanjeev Davidson, the tutor, did a great job and shared with us not only knowledge but some kind of attitude and rules in the market also. It was wonderful time for me! 

I attended short course, which lasted for 2 weeks but you can choose what suits your needs the best: from online courses, through short summer courses (even 2 days long) and bachelor & master studies. 

find out more here

PS Dziękuję Weronice za pomoc w ogarnięciu przedwyjazdowym! 
 
Copyright © Fashion Branding - bringing meaning to fashion. Designed by OddThemes